Inflacja to nic innego jak podatek nakładany na obywateli
przez kontrolujące podaż pieniądza rządy. Inflacja oznacza, że w obiegu pojawiło się więcej pieniądzy niż produkowanych towarów, a więc ceny dóbr musiały wzrosnąć. To dlatego płacimy coraz wyższe raty kredytów i coraz więcej wydajemy na zakup towarów, przede wszystkim żywności. Statystyczny Polak zarabiający średnią krajową pensję (według GUS – 3 tys. zł) tylko od swoich poborów zapłacił w ostatnim roku ok. 1500 zł podatku inflacyjnego (zarabiane przez niego pieniądze straciły na wartości 4,2 proc.). `Banki centralne działają tak jak syndykaty fałszerzy pieniędzy. Jednak w przeciwieństwie do innych fałszerzy udają, że działają w publicznym interesie: łagodzą cykle koniunkturalne czy starają się utrzymać ceny na stabilnym poziomie” – dowodził Murray Rothbard, jeden z najwybitniejszych amerykańskich ekonomistów XX wieku. – Inflacja to największe złodziejstwo, jakiego dopuszczają się współczesne państwa – mówi prof. Witold Kwaśnicki z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Poza garstką bankowców mało kto zdaje sobie sprawę, skąd się w gospodarce biorą pieniądze. Jak zauważył sir Josiah Stamp, szef Banku Anglii w latach 1928-1941, `nowoczesny system bankowy produkuje pieniądze z niczego. To najbardziej zdumiewająca sztuczka, jaka kiedykolwiek została wynaleziona”. `Proces kreacji przez banki pieniądza jest tak prosty, że umysł ludzki go odrzuca” – podsumował amerykański ekonomista John Kenneth Galbraith.
Większość Polaków jest przekonana, że o nowym pieniądzu, który pojawia się na rynku, decyduje Narodowy Bank Polski. Nie jest to prawda. 90 proc. nowego pieniądza emitowanego w Polsce jest produkowane przez banki komercyjne. Za każdym razem, kiedy bierzemy kredyt w banku, tworzy on nowe pieniądze, które wcześniej nie istniały. W teorii ekonomii proces ten jest nazwany eufemistycznie `kreacją pieniądza”. Jego przeciwnicy uważają, że to nic innego jak oszustwo, fałszerstwo albo nawet kradzież. Rothbard uważał, że inflacja jest świadomą strategią sektora bankowego działającego w sojuszu z rządem. Na nowych pieniądzach zarabiają bowiem ci, którzy dostają je pierwsi (czyli banki) i są w stanie wydać je, zanim nastąpi wzrost cen.

Doskonałym sposobem ilustracji tego, jak `wyprodukowany” w bankach pieniądz napędza inflację, jest sytuacja w ostatnich latach na polskim rynku nieruchomości. W 2006 r., kiedy ceny nieruchomości wzrosły o 50 proc., banki udzieliły ponad 300 tys. kredytów o wartości 44 mld zł. Tymczasem w 2005 r. kredytów było tylko 202 tys. o wartości 24 mld zł, czyli dwa razy mniej. Banki zaczęły masowo udzielać kredytów na 100 proc. wartości nieruchomości i kilkaset tysięcy osób mogło wziąć `wyprodukowane” przez banki pieniądze i kupić sobie mieszkanie. Te sto kilkadziesiąt miliardów złotych (kolejne 57 mld zł kredytów hipotecznych udzielono w 2007 r.), wpompowane nagle
w rynek nieruchomości, musiało doprowadzić do wzrostu cen. Jaki był skutek? Inflacja dla osób, które obecnie chcą kupić mieszkanie (czyli większość dwudziesto- i trzydziestolatków) wyniosła nie kilka procent, jak twierdzi GUS, tylko kilkadziesiąt procent (za dwupokojowe mieszkanie zapłacą 2 tys. zł miesięcznej raty zamiast 1 tys. zł jak jeszcze dwa lata temu). Dlaczego zatem wskaźnik inflacji utrzymywał się w tym czasie na poziomie 2-4 proc.? W polskim wskaźniku inflacji nie jest bowiem odzwierciedlony wzrost cen mieszkań, chociaż na przykład w amerykańskim jest on zawarty.

Banki to najbardziej dochodowe instytucje świata, które zarabiają tym więcej, im więcej kredytów udzielą (czyli im więcej `pustego” pieniądza wyprodukują). Dlatego obecny boom kredytowy zbiegł się z ogłoszeniem rekordowych zysków przez nasz sektor bankowy. W 2007 r. banki w Polsce zarobiły `na czysto” 13,7 mld zł. Od początku transformacji ustrojowej do 2003 r. ich dochody nigdy nie przekroczyły 5 mld zł rocznie. Stopa zwrotu na kapitale własnym w polskim sektorze bankowym (ROE) to 25,1 proc., czyli pieniądze wyłożone na założenie banku zwracają się po czterech latach. Takich wyników nie ma żaden inny sektor.
Skutkiem boomu kredytowego jest bardzo szybko rosnąca ilość pieniądza w obiegu. Najlepszym tego wskaźnikiem jest tzw. M3, który obejmuje, oprócz gotówki, także m.in. krótkoterminowe depozyty w banku. Nie zawsze wzrost M3 jest spowodowany wzrostem ilości pieniądza kreowanego przez banki, ale w większości wypadków dobrze pokazuje wzrost ilości pieniądza na rynku. Na koniec lutego 2007 r. było w Polsce w obiegu 509 mld zł, a obecnie (dane z końca lutego 2008 r.) jest 578 mld zł, czyli o 13,5 proc. więcej. W tym okresie ilość dóbr i usług wytworzonych przez polską gospodarkę (czyli PKB) wzrosła tylko o 6 proc. Większa ilość pieniędzy w rękach obywateli bez równoczesnego zwiększenia liczby wytworzonych dóbr oznacza właśnie inflację.

`Żaden polityk nie przegrał wyborów, doprowadzając do wzrostu inflacji” – zauważył kiedyś Richard Nixon, prezydent USA. Dlatego, że doprowadza ona do redystrybucji pieniędzy od biednych do bogatych. Dzięki temu politycy mają pracę polegającą na obiecywaniu odwracania tego procesu. Jeżeli bowiem – tak jak obecnie w Polsce – inflacja wynosi 4,2 proc., to oznacza, że w ciągu roku pensje etatowych pracowników obniżają się automatycznie prawie o jedną dwudziestą. Te osoby stają się w części klientelą polityków, którzy utrzymują, że zapewnią im więcej pieniędzy (tak jak to zrobił PiS przed wyborami, podnosząc płacę minimalną prawie o 20 proc.). Tymczasem inflacja nie dotyczy aktywów należących do zamożnych. Ceny nieruchomości czy udziałów w firmach rosną wraz ze wzrostem cen.
Dzięki inflacji politycy dostają więcej pieniędzy z podatków (rosną ceny, a największy udział w budżetach europejskich państw ma podatek od towarów i usług – VAT, który jest tym wyższy, im wyższe są ceny). Tymczasem wydatki publiczne są ustalane nominalnie rok wcześniej, wtedy kiedy ceny są niższe. Aby dodatkowo spotęgować ten efekt, ministrowie finansów regularnie zaniżają wysokość inflacji. Na przykład w projekcie budżetu na rok 2008 r. przewidywano, że inflacja wyniesie 2,3 proc. Tymczasem już wynosi ona 4,2 proc. Zamiast 247 mld zł planowanych przychodów, będzie prawdopodobnie o 5 mld zł więcej.
Dodatkowym bonusem dla polityków jest to, że w miarę wzrostu inflacji maleje wartość długu zaciągniętego wcześniej przez państwo. Skrajnym przykładem tego, jak to można wykorzystać, dali polscy komuniści po II wojnie światowej. Nie odmówili spłaty przedwojennych obligacji, tylko ustawowo znieśli zabezpieczenie ich wartości w złocie, a następnie poczekali aż inflacja obniży wartość długu do zera.

Malowanie trawy
Zwolennicy teorii spiskowych wskazują, że amerykański bank centralny zaprzestał publikowania wskaźnika podaży pieniądza M3 w 2006 r., a obecnie inflacja w USA jest najwyższa od 17 lat. Co więcej, wartość dolara względem innych walut topnieje w oczach. Wszystko dlatego, że inwestorzy na świecie zorientowali się, iż do obiegu wprowadzono ogromne ilości `pustego dolara”. – Państwa na całym świecie starają się manipulować oficjalnymi wskaźnikami inflacji, aby nie pokazywać, ile naprawdę pieniądze tracą na wartości – mówi prof. Witold Kwaśnicki. Stosowany jest mechanizm, który do perfekcji opanowali komuniści w PRL. Chcąc ukryć podwyżki cen, uwzględniali w koszyku inflacji obniżkę cen na przykład lokomotyw. Tak naprawdę każdy ma własny poziom inflacji, bo każdy kupuje inne towary i usługi. GUS przyjmuje typowy koszyk dóbr i usług, który wybiera na podstawie anonimowych ankiet. Ich reprezentatywność jest wysoce umowna. Poza tym co roku GUS zmienia koszyk tych usług. Jeżeli na przykład w jednym roku ceny ogórków wzrosły i klienci zaczęli kupować więcej pomidorów, to GUS zacznie uwzględniać tańsze pomidory. We wskaźniku inflacji nie będzie ani śladu tego, że wzrosły ceny ogórków.

Zrozumienie mechanizmu kreowania pieniądza jest kluczem do pojęcia tego, dlaczego społeczeństwa w rozwiniętych i większości rozwijających się krajów pozwalają politykom na zabieranie sobie połowy zarobionych pieniędzy w postaci podatków. Punktem zwrotnym w historii świata był wielki kryzys w USA, który rozpoczął się w 1929 r. Wówczas uznano, że jest to ostateczny dowód na to, że wolny rynek się nie sprawdził i społeczeństwa w rozwiniętych krajach przyzwoliły politykom na masowe zwiększanie podatków i interwencjonizmu państwowego. Ekonomiczną `podkładkę” dla światowego zamachu stanu na pieniądze podatników dostarczył słynny ekonomista John Maynard Keynes, który ukuł teorię, według której politycy mogą zapobiegać kryzysom gospodarczym, zwiększając w czasach dekoniunktury wydatki budżetowe. Wolny rynek został zwyczajnie wrobiony w przestępstwo, którego nie popełnił. I został skazany. 36 lat później, w 1965 r., prof. Milton Friedman udowodnił, że za kryzys odpowiedzialny jest amerykański bank centralny, który w nieodpowiedni sposób `majstrował” przy ilości pieniądza w obiegu, a nie wolny rynek. Friedman dostał ze to odkrycie Nagrodę Nobla z ekonomii, ale politycy zdobytych wówczas pieniędzy i władzy nie oddali do tej pory.

Aby istnieć, państwo opiekuńcze potrzebuje znacznie więcej pieniędzy, niż jest w stanie uzyskać z podatków. Dlatego istnienie pieniądza opartego na złocie (czyli takiego, który chroni wartość) byłoby nie do pogodzenia z tak dużym udziałem państwa w gospodarce, z jakim mamy do czynienia. Doskonale to podsumował Alan Greenspan, były szef amerykańskiego banku centralnego. W 1967 r., gdy posiadanie sztabek złota było w USA nielegalne, w artykule `Złoto i wolność ekonomiczna” pisał: `Złoto stoi na drodze politykom do konfiskaty majątku obywateli za pośrednictwem inflacji. I dlatego tak bardzo się bronią przed pieniądzem opartym na złocie. To ciemny sekret polityków państwa opiekuńczego, które po to, by istnieć, potrzebuje zbyt wiele pieniędzy. Kiedy pieniądz nie jest zabezpieczony złotem, nie ma możliwości uchronienia oszczędności przed ich konfiskatą przez inflację”.

Warto przypomnieć, że w USA do czasów wojny secesyjnej drukowanie pieniądza bez pokrycia w złocie było karane śmiercią. Rząd potrzebował jednak pieniędzy na finansowanie wojny, nałożył więc na obywateli podatek inflacyjny. Od 1913 r., kiedy powstał Fed, wartość dolara spadła o 96 proc. (obecny 1 USD jest wart tyle, ile 4 centy w 1913 r.). Murray Rothbard podkreślał, że praktyka pokazała, iż jedynym zabezpieczeniem przed inflacją jest prywatny system bankowy z prywatnymi mennicami. Jak zauważył prof. Friedman, `inflacja to jedyny podatek, który można nałożyć bez głosowania” i dlatego politycy w demokracji nie zrezygnują z możliwości jego stosowania.

~czytaj to , 20.06.2008 22:06
Reklamy