Trzecią RP rządzi niepodzielnie polityka, wojna na górze odbędzie się wszędzie. W Kościele, w publicystyce, w nauce, w kulturze. To jest przemożny kod intelektualny, nad którym nikt nie panuje. Kiedy umrze Herbert czy Miłosz, geografię smutku po nim precyzyjnie wyznaczą sympatie z wojny na górze – pisze redaktor naczelny DZIENNIKA Robert Krasowski.

Równo 18 lat temu, 24 czerwca 1990 roku, posiedzenie Komitetu Obywatelskiego. Kilka dni temu Lech Wałęsa skrytykował rząd Mazowieckiego i ogłosił, że wystartuje w wyborach prezydenckich. Dyskusję zaczyna Wałęsa od ostrej krytyki sędziwego Jerzego Turowicza. Zaczyna się awantura.

„Nigdy, panie Lechu, takich słów z pana ust nie słyszałem. Gdybym słyszał, to bym nie był razem z panem” – mówi dramatycznie Bronisław Geremek.

Dochodzi do głosu Jarosław Kaczyński. Oznajmia, że czas rządu Mazowieckiego się skończył. „Interesy dawnej nomenklatury i interes społeczeństwa są ze sobą sprzeczne. Hybrydalny system władzy Jaruzelski – Mazowiecki musi przestać istnieć” – dowodzi Kaczyński.

Niedługo potem na trybunie pojawia się zdenerwowany Adam Michnik.

„Jeśli ja jestem lewicą laicką i kryptokomunistą, to wy, szanowni moi antagoniści, jesteście po prostu świniami” – mówi.

Andrzej Wielowieyski próbuje bronić rządu. Powołuje się na sondaże. „Stłucz pan termometr, a nie będziesz pan miał gorączki” – odpowiada brutalnie Wałęsa.

Tych kilka gniewnych zdań, te kilka godzin kłótni, zdefiniowały całą polską politykę. Tak zaczęła się sławna wojna na górze. Wojna, w której lewica i prawica solidarnościowa stały się śmiertelnymi wrogami.

***

Wojna ta okazała się najważniejszym doświadczeniem wolnej Polski. Jej założycielską strukturą, matrycą wyznaczającą jej wszystkie parametry.

Odtąd nie będzie już w Polsce sporów innych niż ten. Cała polska polityka – jej idee, programy, partie, hasła, personalne sympatie i antypatie – wszystko to będzie pochodną wojny na górze. Nawet postkomuniści, którzy w tej wojnie udziału nie wzięli, będą myśleć i rządzić w rytm haseł zapożyczonych z centrum solidarnościowej wojny. Będą się zdarzały jednostkowe konwersje – Rokity, Halla czy Gowina – ale będą one tylko wzmacniać istniejące podziały. Będą się pojawiać próby zburzenia tych granic – np. przez Ryszarda Bugaja – ale zawsze będą się kończyć polityczną śmiercią śmiałka. Będą okresy politycznego zamętu, gdy wydawać się będzie, że dawne granice uległy zatarciu, jednak gdy tylko zdarzy się coś ważnego – afera Rywina albo przejęcie władzy przez PiS – stare lojalności okażą się znowu główną sprężyną politycznych zachowań.

Ponieważ Trzecią RP rządzi niepodzielnie polityka, wojna na górze odbędzie się wszędzie. W Kościele, w publicystyce, w nauce, w kulturze. Jeśli ktoś był przez te kluczowe kilka miesięcy po stronie Geremka i Kuronia, to wiemy od razu, że nie lubi Glempa, że ceni teksty Żakowskiego, Semkę ma za radykała, Staniszkis postrzega jako powierzchowną, a Szymborską jako głęboką. Jeśli w kluczowym momencie polubił Kaczyńskiego, „Tygodnik Powszechny” wydaje mu się drugą „Trybuną”, Kołakowski lewicowcem, Tischner marnym myślicielem, a Herling ulubionym pisarzem. To jest przemożny kod intelektualny, nad którym nikt nie panuje. Kiedy umrze Herbert czy Miłosz, geografię smutku po nim precyzyjnie wyznaczą sympatie z wojny na górze.

Nie ma ucieczki od tej historii. Wiem to najlepiej. Gdy powstanie DZIENNIK, głównym kryterium jego oceny będzie to, czy trzyma z Kaczyńskim, czy z Michnikiem. Ponieważ ani z tym, ani z tym, będzie albo definiowany na wyrost, albo oskarżany o koniunkturalizm.

***

Ten tekst jest w istocie o Wałęsie. Jest próbą odpowiedzi na pytanie „jak zareagować na książkę Gontarczyka i Cenckiewicza?”. Z jakiej perspektywy spojrzeć na przywódcę „Solidarności”? Czy oglądać go pod teleskopem, urządzeniem służącym do obserwacji przedmiotów wielkich, które opisuje raczej ogólny kształt? Czy też wziąć mikroskop i jak we wklęsłym lustrze zobaczyć wszystkie usterki, każdy szczegół boleśnie wyolbrzymiony do rangi istoty.

Zacznijmy od teleskopu. Oglądana pod nim wojna na górze jawi się jako starcie dwóch wizji Polski – Kaczyńskiego i Michnika, w które włącza się Wałęsa, nadając starciu wielką polityczną dynamikę. Oglądana pod teleskopem wojna na górze jest sporem merytorycznym. Padają tu wielkie pytania o Polskę i równie wielkie odpowiedzi. W rytmie ideowych rozpoznań pojawiają się wielkie polityczne manewry mające ratować Polskę przed błędną diagnozą.

Michnik jest tu ideologiem, który zdefiniował spór o Polskę jako starcie cywilizacji. Albo ciemnogród albo oświecenie. Albo prawica i – w konsekwencji – takie zjawiska jak Rydzyk, Giertych, niechęć do Europy, rynku, modernizacji, albo lewicowy obóz postępu, który dzięki przyjaźni z komunistami zdobywa większość potrzebną do przełamania lokalnego konserwatyzmu i przeprowadzenia liberalnej rewolucji.

Kaczyński dostrzegł w tym myśleniu błąd. To, że nad taką operacją Michnik nie zdoła utrzymać kontroli. Zamiast rozgrywającego stanie się pacynką w rękach komunistów, którzy po uratowaniu im karier odsuną Michnika i wyciągną ręcę po to samo, co w PRL. Po władzę nieskrępowaną przyzwoitością i troską o naród.

Michnik budując nową Polskę, nie wierzył w społeczeństwo, wolał postawić na kompetencję ekspertów. Inteligencję tych, którzy wiedzą, że Bóg rozumu nie rozdzielił po równi. Dlatego w jego planach demokracja jest celem, ale kontrola drogą. Ludzie wychowani w PRL, pozostawieni sam na sam z wolnością, wybiorą Tymińskiego, Giertycha i Leppera. I dlatego trzeba ich wcześniej do wolności wychować.

Kaczyński miał podobny ogląd ludzkiej natury, ale ponieważ Michnik odebrał mu dostęp do kontrolowanej rewolucji, Kaczyńskiemu pozostał jedynie lud. Wolność. Spontaniczność. Demokracja idealistycznie pojmowana. Niech ludzie wybiorą, co myślą. Niech się uczą na błędach. Kaczyński nie kochał ludu. Nie wierzył też w wolność. Ale bał się sojuszu z komunistami. Zmowy elit. Korupcji, jaką ta zmowa oznacza. Wolał się zdać na żywioł, niż uwierzyć w mądrość lewicowego establishmentu. Który zdefiniował nie jako pakt mandarynów, ale kontrakt mafiosów, w którym solidarnościowym elitom przypadnie rola użytecznych idiotów.

Pod teleskopem wojna na górze to wielkie polityczne manewry w ważnym dziejowym momencie. Wałęsa jest w nich świadomym uczestnikiem sporu, który dzięki politycznej intuicji dostrzega słabości obu stron. Widzi, że solidarnościowa lewica nigdy nie spełni warunków demokratycznej legitymizacji. Że może sobie marzyć o lepszym świecie, ale nikt za nią nie pójdzie. Bo jest zbyt inteligencka, zbyt oderwana od ludzi, zbyt wyniosła. Potrafi jedynie obrazić naród. Wałęsa rozumie też, że Kaczyński jest na swój sposób podobny do Michnika. Inteligencki. Pozornie realistyczny. Jednostronny. Wałęsa jako pierwszy pojął, że Michnika nigdy nie kupi lud, a Kaczyńskiego Zachód. Rozliczenia z PRL? Amerykanie ich nie chcą. Kontrola własności? Zachód woli szybką prywatyzację.

Wałęsa był najbardziej błyskotliwym politycznym analitykiem, jakiego wydała III RP. Nie potrafił jasno sformułować swych myśli, ale kto zechciał podążyć śladem jego dziwacznej mowy, ten rozumiał, że już w 1990 roku Wałęsa wiedział, że ani Michnik, ani Kaczyński nigdy Polską realnie rządzić nie będą.

Z kolei Michnik i Kaczyński trzeźwo ocenili Wałęsę. Nie o to chodzi, że był robotnikiem. Oni rozumieli istotę politycznej natury Wałęsy – to, że jest on niereformowalnym politycznym chuliganem, nierozumiejącym kultury przestrzegania reguł. Do szanującej prawo demokracji Wałęsa się po prostu nie nadaje. Obaj dobrze też wiedzieli, że Wałęsa ma w posiadaniu jeden gigantyczny atut – potrafi zdobyć poparcie ludu. Wygrać wybory. Bo nie jest wyalienowanym od społeczeństwa mieszkańcem Alei Róż lub Żoliborza.

***

Co będzie, jak na ten sam spór spojrzymy przez mikroskop? Nawet nie ten najsilniejszy, wyciągnięty przez Cenckiewicza i Gontarczyka, który demaskuje każdy skandaliczny detal, ale ten, który wprowadzili do polskiej politycy właśnie trzej główni bohaterowie wojny na górze. Ten mikroskop, którego publicznie używali do opisu działań i myśli swoich rywali.

Wojna na górze odbyła się w środowisku „Solidarności”, które chociaż w narodowej historiografii opisywane jest jako cud narodowej jedności, w istocie było bardzo podzielone. Z siatki rozmaitych konfliktów wyłoniły się z czasem dwie zasadnicze osie sporu: robotnicy – elity oraz prawica – lewica. Oba spory rozgrywane były bez salonowej elegancji. Emocje w nich były duże, a podejrzenia mocne. Widziano w sobie nawzajem kryptomarksistów, endeków, głupią masę robotniczą, żydów, ateuszy, ciemnotę, kosmopolitów, ubeków. Oglądana od środka „Solidarność” nie wygląda pięknie. Wystarczy posłuchać opowieści Walentynowicz czy Świtonia.

Lech Wałęsa z wielką zręcznością te nienawiści rozgrywał. Legenda mówi, że zawsze kompasem było mu publiczne dobro. Jednak po 1989 roku, gdy życie wewnętrzne „Solidarności” znalazło się w świetle kamer, przekonanie o odpowiedzialnym przywódcy szybko legło w gruzy. Wałęsa rozgrywa jedną prostą grę – przejęcia nad wolną Polską tej samej niepodzielnej władzy, jaką wcześniej sprawował nad „Solidarnością”. Być kolejnym Naczelnikiem Państwa. Ale nie z tylnego siedzenia. Wałęsa chce być demokratycznym carem. Chce niepodzielnie rządzić, chce wszystko kontrolować, chce być w świetle jupiterów, chce zbierać wszystkie hołdy. Nawet gdy został prezydentem, było mu za mało, w 1991 roku próbował objąć jednocześnie fotel premiera, dopóki nie został przekonany, że jest to niemożliwe.

Wałęsa zbierał wszystkie nitki władzy. Często mówił, po co mu ta władza, ale zawsze co innego, co potwierdzało podejrzenie, że cel był nieważny. Wałęsa chciał dominować. Miał jedną zasadę – osłabiał każdego, kto mógł zagrozić jego pozycji. Wałęsa dzielił, by rządzić, dawał jednym po to, by zazdrościli drudzy. I chwilę potem odwracał sytuację, by wszyscy wiedzieli, kto tu szarpie cuglami.

Ale nie tylko Wałęsa grał. Wałęsą też grano. Równie brutalnie. Dla wszystkich przyklejonych do „Solidarności” politycznych kanap Wałęsa był kluczem do władzy, był złotą akcją, która pozwalała ogłosić się głównym nurtem „Solidarności”. I z błogosławieństwem Wałęsy sięgnąć po władzę.

***

Prześledźmy główne etapy tej walki. Jest 1989 rok, w „Solidarności” górę biorą lewicowi eksperci, Geremek, Kuroń, Michnik. A więc ci, którzy przez lata szefa „Solidarności” najmocniej kokietowali. Od nich słyszał te ciepłe słowa „Lechu, jesteś wielki”. To jeden z nich, gdy prosił o ważną nominację, klęknął przed Wałęsą i błagał na kolanach. To mieli być najwierniejsi z wiernych. Związkowcy byli irytujący, w kółko narzekali, że Wałęsa łamie statut, zmuszając go do walki o każdą decyzję. Eksperci natomiast byli ciałem doradczym, ich pozycja zależała od Wałęsy, co dawało mu poczucie bezpieczeństwa.

Szef „Solidarności” cenił ich, bo od nich wychodziły najbardziej trzeźwe diagnozy. Realistyczny i umiarkowany program dogadania się z komunistami, który odpowiadał realistycznej i umiarkowanej naturze samego Wałęsy. Dlatego szef „Solidarności” wyniósł do góry właśnie lewe skrzydło. To jemu przyszło rozgrywać pierwszą wielką grę – rozmowy z komunistami o podziale władzy.

Wojna solidarnościowych skrzydeł zaczęła się przy okrągłym stole i dlatego ten mebel obie strony uczyniły centrum politycznej legendy. Pierwsze starcie wygrywa lewica. Przeforsowuje nie tylko swój scenariusz rozgrywki z komunistami, ale też to, że dostają najwięcej wpływów w nowym rozdaniu. To sprawia, że przegrywająca prawica przechodzi do ofensywy. Oczywiście w jedyny znany w „Solidarności” sposób – intrygą. Podsycając w Wałęsie lęk o jego własną pozycję, strasząc go, że jego lewicowi wybrańcy za chwilę go zdradzą. Wałęsa słyszy, że zaraz stanie się niepotrzebny, więc nagle przerzuca swoje poparcie na plan Kaczyńskiego. Kieruje do rozmów z satelitami PZPR Kaczyńskich, do tej pory drugi garnitur „S”, tylko po to, by upokorzyć Geremka. W efekcie zamiast koalicji z PZPR powstaje układ z ZSL i SD.

Wałęsa oddaje fotel premiera w ręce Mazowieckiego, osobie spoza frakcji. Jednak nowy premier dokonuje wyboru i wchodzi w sojusz z solidarnościową lewicą. Akcja nabiera tempa. Lewica testuje, czy można rządzić samemu. Bez udziału Wałęsy.

Zasadą całej tej wojny jest to, że nie toczy się ona w gabinetach, ale na oczach wszystkich. Mazowiecki sam sobie dobrał ministrów bez konsultacji z Wałesą, więc Wałęsa – chlast – szefem pozostawionego przez Mazowieckiego „Tygodnika Solidarność” robi Kaczyńskiego. Natychmiast otwartym atakiem odpowiada Michnik. Więc Kaczyński publikuje tekst Piotra Wierzbickiego na temat koterii w obrębie „Solidarności”. Publiczny donos, że „familia” i „świta”, czyli grupa Geremka i Mazowieckiego zawarły cichy sojusz.

Konflikt gęstnieje i właśnie teraz najbardziej widocznym graczem staje się Adam Michnik. Który zagrywa vabank. Zaczyna się brutalna faza rozpadu „Solidarności”. Lewica, czując swoją siłę, odwraca się od Wałęsy, oznajmia, że teraz rządzi Mazowiecki, a Wałęsa ma siedzieć cicho. Równolegle lewica zmienia sojusze. Ocala komunistów, aby zmarginalizować prawicę. Dawny wróg okazuje się sojusznikiem potrzebnym po to, by dobić dawnych towarzyszy broni.

Prawica odpowiada ogniem. Przekonuje Wałęsę, że lewica odsuwa Wałęsę raz na zawsze. I namawia Wałęsę do startu w wyborach prezydenckich. Pod sztandarem przegonienia komunistów i odsunięcia od władzy lewicy.

Wałęsa mówi, że przeczytał w jakiejś książce, że czasem musi być wojna na górze, aby był pokój na dole. Ogłasza więc wojnę na górze. Kilka tygodni potem dochodzi do awantury na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego. Wielka pyskówka, w całości rejestrowana przez kamery. Polacy, oglądając relację, są zaszokowani. Takiej polityki w swoim życiu jeszcze nie widzieli. Wałęsa rugający powszechnie szanowanego starego Turowicza…

Lewica decyduje, że nie pójdzie do Canossy. Poczuła się silna i przyjmuje wyzwanie. Mało tego – podejmuje pierwszą wielką próbę detronizacji Wałęsy. W czasie kampanii prezydenckiej atak pójdzie po linii najostrzejszej – dowiemy się, że Wałesa jest inny niż z ten legend lat 80. Ten, który obalał komunizm, okazuje się teraz największym zagrożeniem dla demokracji i wolności. Michnik pisze serię tekstów, przy których Gontarczyk i Cenckiewicz wydają się apologetami. Bo oni mówią – bohater, ale ze skazą. Michnik natomiast nie bawi się w dzielenie włosa na czworo. Dowodzi, że Wałęsa sprowadzi na Polskę dyktaturę. „Gazeta” jeździ na jego wiece, aby opisywać go potem jako antysemitę.

Wściekły Wałęsa akceptuje prawicowy program delegalizacji postkomunistów. I wybory wygrywa.

Wygrawszy, Wałęsa daje spore wpływy prawicy. Jednak historia się powtarza. Prawica chce sama rządzić. Potrzebowała Wałęsy tylko po to, by wygrać wybory. Wałęsa czuje się zagrożony, a poza tym nie ma ochoty robić tego, co obiecał przed wyborami. On chciał tylko osłabić lewicę, a nie ją dobić, bo to przecież da prawicy zbyt mocną pozycję. Następuje więc wymiana ciosów. Dochodzi do awantury, Wałęsa oskarża Kaczyńskiego, że przez niego wybuchła wojna na górze. Zaczyna się wymiana wzajemnych oskarżeń i w pewnym momencie prezydent mówi: „Zajmie się tobą prokurator!”. Wściekły Kaczyński wybiega z pokoju, a na odchodnym rzuca: „Jeszcze zobaczymy, kim się zajmie!”.

Prawica buduje koalicję wbrew Wałęsie, a ten zaczyna ją brutalnie atakować. Aż w końcu następuje faza ostateczna. Upadająca prawica odpowiada drugą wielką delegalizacją Wałęsy – oskarżeniem go o agenturę. Prawica oznajmia, że Wałęsa nie tylko był „Bolkiem”, ale nadal nim jest. Bo to jest ostrze tamtej argumentacji – człowiek, który urwał się SB, stworzył „Solidarność” i dał jej sukces, który oparł się SB, gdy groziło to życiem, teraz po 1989 roku ze strachu przed zdemaskowaniem stał się z powrotem pacynką w rękach byłych esbeków. Prawica ogłasza, że to nie Wałęsa wygrał z Kiszczakiem, ale Kiszczak okazał się pryncypałem Wałęsy. Cały plan książki Gontarczyka i Cenckiewicza napisany został w 1992 roku przez Kaczyńskiego i Macierewicza.

Po trzech latach od 1989 roku przywódca „Solidarności” nikomu już do niczego nie jest potrzebny, więc nikt już nie widzi w nim wielkości. Dla prawicy jest „Bolkiem”, dla działaczy związkowych też, solidarnościowa lewica z satysfakcją patrzy na jego upadek.

Ostatnia odsłona wojny na górze to wzajemne dobijanie się. W tej grze nie ma już żadnych reguł. Lewica kolportuje absolutnie nieprawdziwą historię – że premier Olszewski chciał przeprowadzić zamach stanu. Że Jednostki Nadwiślańskie były w stanie gotowości. Że Olszewski chciał obalić demokrację, dlatego musiał zostać obalony. Po wielomiesięcznym śledztwie sejmowej komisji nie potwierdziła się ani jedna informacja. Swoją drogą 15 lat później, gdy Kaczyński dojdzie do władzy, formacja Michnika będzie go niszczyć dokładnie wedle tego samego schematu. Dowodząc, że CBA to drugie Gestapo. Że Kaczyński – jak Wałęsa, a potem Olszewski – to człowiek, który dąży do dyktatury.

Ale jest rok 1992. Kaczyński nie pozostaje lewicy dłużny. Przez całe miesiące Polska dowiaduje się o kolejnych plotkach o agenturze w Belwederze i w Unii Wolności. Otoczenie Wałęsy w oficjalnych wypowiedziach Kaczyńskiego opisywane jest już nie jako ubecka agentura, ale jako polski oddział KGB. Formacja Kaczyńskiego co kilka tygodni maszeruje przez Warszawę, paląc kukłę Wałęsy, z transparentami „UB=UD” i „»Bolek« do Moskwy”.

Co robi Wałęsa? Gubi się zupełnie. Wprowadza do Belwederu dawnych TW. Zawiązuje przyjaźnie z komunistycznymi generałami, interesuje się służbami. Jego najbliżsi ludzie – Wachowski i Milczanowski – powołują zespół Lesiaka, który inwigiluje PC, a w szczególności zbiera informacje na temat prywatnego życia Kaczyńskiego.

Symbolicznym zamknięciem tej fazy sporu jest głosowanie nad solidarnościowym rządem Hanny Suchockiej. Głosami PC rząd pada, a bezmyślnie szybką decyzją Wałęsy parlament zostaje rozwiązany. Do władzy dochodzą postkomuniści. Wałęsa jest szczęśliwy. Uważa, że młodego Pawlaka i skompromitowanego PRL-em Kwaśniewskiego będzie bez trudu rozgrywał. Michnik również ma swój gwiezdny czas – prawica jest w rozsypce, a on w nowej konstelacji politycznej może pisać historię wraz z Kiszczakiem i Jaruzelskim. O dziwo, Kaczyński też jest w formie. Dowiódł swego – Polską rządzą postkomuniści, trzecie pokolenie KPP i UB. Przesłanki do antykomunistycznej rewolucji wreszcie się uformowały.

***

Gdy obejrzymy tamte dzieje pod mikroskopem, zobaczymy zwykła jatkę. Nikt w niej nie jest czysty. Nikt nie jest święty. Brutalnie grają wszystkie strony, wszystkie traktują innych jako mięso armatnie historii, żadna nie czuje lojalności wobec dawnych towarzyszy.

Ani prawicy, ani lewicy nie udało się nad Wałęsą zapanować. Więc obie próbowały go zniszczyć. Niszczyły totalnie – intrygą, plotką, pomówieniem, kłamstwem. A Wałęsa odpowiadał im tą samą monetą. A że nie stała za nim poważna idea, tylko naga ambicja, z tej jatki Wałęsa wyszedł jako największy przegrany.

Generalny obraz, jaki daje mikroskop, to niezdolność „Solidarności” do rządzenia. Każdy z jej nurtów okazuje się źródłem jadowitych patologii. Nikt tu nie zna słowa kompromis. Nikt tu nie zna słowa wybaczenie. Wybaczać Michnik może komunistom, ale nigdy Kaczyńskim. Gdy PiS dojdzie do władzy, będzie atakowany przez Michnika od pierwszego dnia. Nie za to, co zdążył zrobić, ale za to, co zrobił w 1990 roku.

Ale tak samo będzie się zachowywać Kaczyński. Po aferze Rywina. A także dziś. Bo wojna na górze nadal trwa. Książka o Wałęsie jest jej kolejnym etapem. To, co się wydarzyło w latach 70., jest przecież wyłącznie pretekstem. Rozgrywający się w kostiumach z epoki wczesnego Gierka spór dotyczy jedynej sprawy, która ożywia polską politykę – wojny na górze. Wałęsę atakują dziś Kaczyńscy i ich kibice. Choć mówią o młodym robotniku, przed oczami mają siwiejącego prezydenta, który odwołuje rząd Olszewskiego. Ci natomiast, którzy bronią dziś Wałęsy, sami przez lata mówili o tym, że miał esbecki epizod. Dziś bronią go nie dlatego, że wierzą w jego niewinność, ale ponieważ spór z lat 90. jako ich śmiertelnego wroga zdefiniował w ostateczności nie Wałęsę, ale jego dzisiejszych oskarżycieli.

Oczywiście istnieje również młodzież, ciekawa, jak było naprawdę, są staruszkowie szczerze zatroskani konsekwencjami sporu, są historycy starający się uczciwie odpowiedzieć na kolejne pytania o prawdziwość zarzutów wobec Wałęsy, jednak to nie oni nadają dyskusji ton. I nie oni rozumieją jej rzeczywiste znaczenie. To spór, którego nie da się zrozumieć poprzez analizę użytych w nim argumentów, zgromadzonych faktów, papierów, dowodów, ale jedynie poprzez opis tego, gdzie ludzie formułujący te sądy byli i komu kibicowali w 1990 roku. To jak mapa nienawiści na Sycylii – nie pytamy się, dlaczego ktoś tu kogoś nie lubi, po prostu patrzymy, kto komu zabił przodka kilka pokoleń wcześniej.

***

Jeśli spojrzeć na czasy obejmującej władzę „Solidarności” z perspektywy zastosowanej dziś do Lecha Wałęsy, cały obóz solidarnościowy okaże się jeszcze większym kłębowiskiem żmij. Przy takiej rozdzielczości spojrzenia nikt już nie zasłuży na szacunek.

Powstaje pytanie: czy warto z tego punktu na historię patrzeć? Czy warto sprowadzać Napoleona do jego groteskowego życia na świętej Helenie? Albo do jego pasji erotycznych, w których – jak mówią historycy, szczególną atrakcją było długie niemycie się?

To jest to spojrzenie, które Hegel nazywał kamerdynerską wizją polityki. Kamerdyner – opowiadał niemiecki filozof – widzi bohatera jedynie w domu. Cała jego wielkość sprowadza się więc w oczach kamerdynera do tego, czy bohater, idąc do łóżka, zdejmuje buty. Kamerdyner nie chodzi na pole bitwy, nie widzi politycznych sukcesów, jego kryteria wielkości są na miarę jego lokajskiej perspektywy.

Nasz problem polega na tym, że kamerdynerskie spojrzenie na politykę narzucają nam nie bulwarówki, nie kamerdynerzy, ale sami bohaterowie. Mikroskopowa historia wojny na górze, to nie gawędy kamerdynerów, ale dokładnie to, co o swoich przeżyciach opowiedzieli nam sami bohaterowie. To Kaczyński zrobił z Wałęsy „Bolka”, moralne zero, tandetnego despotę, który czerpie radość z tego, że minister Wachowski zakłada mu kapcie. To Michnik nauczył nas widzieć w Wałęsie dziecię polskiego ciemnogrodu ocierające się o antysemityzm, marzące o dyktaturze. To Wałęsa opowiadał każdemu, kto do niego przychodził, kto przed nim klękał, co mówił o innych. Aluzja, plotka, insynuacja to praktyka, do której ojciec Rydzyk przyłączył się dopiero wiele lat później. To nasi bohaterowi wybrali mikroskop, to oni wielką politykę, którą uprawiali, przedstawili nam jako zapasy w kisielu. To właśnie czarny PR, wychodzący ze sztabów wojny na górze, próbował wskrzesić mit żydokomuny, to liderzy przez lata kolportowali zupełnie nieprawdziwą plotkę, że agentem był Geremek, to oni wpuszczali w obieg dywagacje, dlaczego Jarosław Kaczyński jest kawalerem (- Niech Lech przyjdzie z żoną, a Jarosław z mężem – oświadczył kiedyś Wałęsa).

Książka o Wałęsie, prowadzony wokół niej spór, to kolejny etap tej samej praktyki. PiS i jego sympatycy, mający poczucie, że poddano ich nieuczciwej nagonce, odpowiadają jedyną bronią, jaką znają. Biją się nie o prawdę, nie o wartości, nie o ideę lustracji. Gdy premierem był Kaczyński i pojawiła się kwestia jego teczki, Kaczyński miesiącami zwlekał, a domagających się jej publikacji teczki opisywał jako prowokatorów. Teczki – w „Solidarności” – otwiera się tylko na wrogów.

***

Słyszymy dziś głosy – nie niszczmy narodowych świętości, legend, mitów. Nie mordujmy naszych bohaterów. Hasło jest słuszne, ale problem polega na tym, że dla każdego, kto inny jest bohaterem. Dla jednych jest nim Wałęsa, dla innych Kaczyński, a dla jeszcze innych Michnik. Co więcej sami ci bohaterowie nauczyli swoich kibiców, że najlepszym sposobem oddania im hołdu jest sponiewieranie pozostałych.

Kilka miesięcy temu wydawało się, że ten spór się wypala. Do władzy doszła Platforma, formacja dziwna, będąca złożeniem wszystkich trzech obozów w niemal aptekarsko rozdzielonych proporcjach. Rozsądny kompromis – zarówno idei jak i biografii – między Wałęsą, Michnikiem i Kaczyńskim. Wydawało się, że rysuje się szansa na kompromis. Że uda się schować mikroskopy i po raz pierwszy wyciągnąć teleskopy. Dodać naszej historii mądrości i głębi. A jej bohaterom splendoru.

Zwłaszcza że wiemy już, że innej drogi nie ma. Po prostu solidarnościowej wojny nikt samodzielnie nie wygra. Coraz wyraźniej widać, że trzej panowie stanowią pakiet. Złośliwa historia wrogów wpisała w jedną legendę. I albo krzywiąc się nieco, oddamy honory wszystkim trzem, albo co rok będziemy wyciągać z błota kolejnego z nich.

Nie wiem, czy to jest możliwe. Podobny dylemat miała II RP z Piłsudskim i Dmowskim. I rozwiązała go dopiero po ich śmierci. Dopiero gdy obu panów nie było, alternatywa: Piłsudski albo Dmowski zastąpiona została koniunkcją: i ten, i ten.

Być może takie są reguły historycznego kompromisu. Być może dopiero za kilka dekad na rondo Wałęsy będzie się wjeżdżało z alei Michnika, aby skręcić w ulicę Kaczyńskiego. Zwłaszcza że nasi bohaterowie nadal mają temperament jak z kart „Zemsty”, dopokąd żyją, nie wybaczą.

Advertisements