Pare slow na temat asymilacji muzulmanow:
W Holandii od wielu już lat narastał rozdźwięk między polityką prowadzoną przez klasę rządzącą a społeczeństwem. Holandią rządzi wąska grupa ludzi, takich menedżerów politycznych. Ciągle tych samych. Oni z rozmaitych urzędów publicznych przechodzą do parlamentu i z powrotem. Ci menedżerowie wyznają tylko jedną ideologię – poprawność polityczną. Czyli przekonanie, że trzeba krzewić zasady tolerancji i prawa człowieka na całym świecie. – Co w tym złego? – Oni pojmowanie tolerancji posunęli do granic absurdu. Uważano na przykład, że w imię wyższej doskonałości, czyli tolerancji i poprawności politycznej, należy ograniczyć wolność słowa. Czyli np. nie pokazywać tego, jak gigantyczne problemy stwarzają w tym kraju imigranci. W efekcie tej polityki z biegiem lat Holandia miała coraz większą liczbę obywateli, która nie akceptowała podstawowych wartości wyznawanych przez Holendrów, która obniżała poziom w szkołach, która radykalnie zawyżała statystki przestępstw. Michał Korzec socjolog i sinolog, profesor w Wyższej Szkole Biznesu w Nowym Sączu. Doktorat obronił na Uniwersytecie w Amsterdamie, przez lata wykładał na Wydziale Nauk Politycznych Uniwersytetu Leiden w Holandii. Autor ośmiu książek z zakresu politologii i socjologii. Specjalizuje się w problematyce dotyczącej Azji Wchodniej (Chiny, Korea). Do niedawna radca ambasady RP w Pekinie. Prywatnie mąż prof. Jadwigi Staniszkis, znanej socjolog i komentatorki politycznej. Theo van Gogh – niepoprawny libertyn. – Pan, żyjąc w Holandii, tego doświadczał? – Tak, mogłem iść do parku i zobaczyć, jak Marokańczycy kopią psa jakiegoś przypadkowego holenderskiego przechodnia, bo pies jest dla nich istotą nieczystą. Specyfika Holandii polega właśnie na tym, że tam wszystko widać jak na dłoni – Holandia to mały kraj. Społeczności muzułmańskie nie żyją w zamkniętych enklawach, tylko są wymieszane z resztą społeczeństwa. Tam, gdzie mieszkają Marokańczycy, żyją też średnio biedni Holendrzy. I to oni, a nie klasa rządząca, zamknięta w luksusowych osiedlach, widzieli, czym kończy się polityka opacznie rozumianej tolerancji i politycznej poprawności. – Taki „średnio biedny” Holender, patrząc przez okno, co widzi? – Że jego marokański sąsiad w ogóle nie pracuje, bo nie musi – utrzymują go rodowici Holendrzy. Że ten Marokańczyk siedzi cały dzień w cafe shopie i pali haszysz. Że jego młodociani synowie kradną rowery i wyrywają staruszkom torebki. Że jego córki bynajmniej nie zamierzają się uczyć, bo niby po co? A jak ten Marokańczyk wybierze się do meczetu, to słyszy od imama, że Holandia jest złym krajem, że ma złe prawo i diabelskie wartości. – Wszyscy arabscy imigranci w Holandii tak uważają? – Nie, trzeba rozróżnić Marokańczyków od np. Turków, z którymi akurat w Holandii nie ma większych problemów. Pracują, znają język holenderski. Ich synowie i córki bardzo się starają, aby nie odstawać od holenderskich kolegów. Ale Marokańczycy to już inny świat. – Na jakiej podstawie państwo holenderskie nie egzekwowało od Marokańczyków posłuszeństwa, przestrzegania prawa? – Powoływano się na 2. artykuł konstytucji holenderskiej, który zakazuje dyskryminacji. A przez wyznającą poprawność polityczną klasę rządzącą było to interpretowane tak, że nie można kogoś zmuszać do nauczania w języku holenderskim, do przejmowania kultury holenderskiej, bo to dyskryminacja.
zwiń

Reklamy