Category: wybory 2011


Mój były mąż ma zasadę, że nieważne jak, byle o nim mówiono. Mówi z uśmiechem, jak ta zachłanna żona go prześladuje. Zwłaszcza że on teraz nie ma nic. Według oświadczeń majątkowych nie ma domu, a firma przynosi straty – mówi DZIENNIKOWI Maria Nowińska, była żona Janusza Palikota.
Robert Mazurek: Dlaczego zgodziła się pani na wywiad?
Maria Nowińska*: Dotychczas wiele mówiono o mnie, ale nie mówiłam ja. I już miałam dość czytania kłamstw o sobie. Obawiam się tylko, że czytelnicy mogą mieć dość sytuacji, kiedy w poniedziałek, środę i piątek w gazetach króluje Palikot, a w sobotę – pani Palikotowa (śmiech).

Janusz Palikot chyba nie lubi, kiedy rozmawia pani z dziennikarzami.
Zażądał nawet notarialnej deklaracji, że do końca życia nie wypowiem się na jego temat, ale zablokowali ją prawnicy. A we wtorek, dzień po tym, jak udzieliłam DZIENNIKOWI krótkiej wypowiedzi, odciął mi prąd i gaz.

Słucham?!
Po powrocie do domu zastałam w drzwiach kartkę, że od jutra nie mamy z synem prądu i gazu, bo mój były mąż wypowiedział umowy. A Janusz Palikot jest wciąż formalnie współwłaścicielem domu.

Mówi, że go pani darował.
Mówi wiele rzeczy, a podział majątku się nie skończył. Pan Palikot sporządził szczegółowy regulamin zarządzania naszym wspólnym majątkiem Jabłonna. Zgodnie z nim mogę mieszkać w domu, ale muszę przycinać bukszpan, leczyć kasztany i opiekować się jego winami. Wyliczył przy tym roczniki, z których nie wolno mi pić. W zamian mieliśmy współfinansować posiadłość. Ja mogę płacić za całość, nie ma problemu, ale cóż to za sposób załatwiania sprawy – odcinanie prądu…

Kim jest kobieta, której mąż dał 30 milionów, a jej ciągle mało?
Z tego pytania prawdziwe jest tylko „kobieta”, bo ani nie 30 milionów, tylko mniej, ani nie dał. Z równym powodzeniem mogłabym powiedzieć, że to ja dałam posłowi Palikotowi jego miliony, domy i samolot. Przecież on nie miał własnego majątku. Do wszystkiego doszliśmy wspólnie, pracując razem. To nasze wspólne pieniądze, nasz majątek, który on po rozwodzie zgarnął, łaskawie wydzielając mi i dzieciom jedną dziesiątą tego, co nam się należało!

Podkreśla, że dał dom, pieniądze…
Media przedstawiają mnie jako żmiję, która zatruła życie mężowi i ciągle jej mało. Przecież to nie o mnie chodzi. Jestem lekarką, prowadzę gabinet dermatologiczny w Lublinie i naprawdę umiem na siebie zarobić.

To po co te podziały majątku?
Byliśmy wspólnikami i jestem pewna, że gdyby zamiast mnie partnerem pana Palikota w interesach był mężczyzna, to panowie by się dogadali. Media stanęłyby po stronie skrzywdzonego przez polityka przedsiębiorcy.

Jest pani rozgoryczona?
Spotyka mnie czysty seksizm. Ja sobie jakoś dam radę, ale w takiej samej sytuacji jest wiele kobiet, których mężowie decydują o rozwodzie. Nikt nie pozwoliłby sobie na kpinki, gdyby chodziło o konflikt dwóch równorzędnych partnerów, ale była żona to zawsze zachłanna jędza, której można na odczepnego rzucić jakieś ochłapy i mówić, że się jej coś „dało”.

I dlatego proces?
Za życiową porażkę odczuwam to, że rozwód i podział majątku, zamiast przez mediatora, prowadzimy w sądach i na łamach brukowców. Ale to nie ja pierwsza poszłam z tym do gazet. A teraz idę tylko dlatego, by bronić dobrego imienia. Mój mąż robi ze mnie pieniaczkę, opowiada w telewizji, że wygrał ze mną wszystkie procesy. Przecież to ewidentne kłamstwo, bo żaden się jeszcze nie zakończył!

Dlaczego wybrała pani na obrońcę Romana Giertycha?
Kiedy mąż zaangażował się w politykę, mój dotychczasowy adwokat dał do zrozumienia, że nie chce mieć kłopotów i lepiej, bym poszukała kogoś innego. W Lublinie nikt taki się nie znalazł. Pan Palikot nie przegrał tu żadnego procesu, bo zawsze można znaleźć językoznawcę, który uzna, że słowo „cham” nie jest obraźliwe. Wszystkie postępowania przeciw niemu są umarzane.

Bo to niewinny człowiek, którego pani szkaluje!
Nie ja jedna. Jego byli partnerzy biznesowi też szukali sprawiedliwości w sądach, ustawiają się kolejki wierzycieli. Proszę zrozumieć, on jest w Lublinie baronem, rozdaje karty. Szefem izby skarbowej został jego przyjaciel, pan Gawda. Inny przyjaciel, pan Łątka, został sekretarzem rady miasta i prasa pisała, że specjalnie na potrzeby jego biura wynajęto willę w centrum, koło biura poselskiego pana Palikota, by miał blisko na popołudniowe winko. Mogę tak wymieniać w nieskończoność, cytując lokalne gazety. To nie paranoja.

No dobrze, ale dlaczego akurat Giertych?
Potrzebny był ktoś, kto się nie przestraszy, nie ulęknie politycznych wpływów pana Palikota i kto da sobie z tym radę. I nie ma to nic wspólnego z poglądami pana Giertycha, których nie podzielam.

Fatyguje się pani do sądu po pieniądze?
Po sprawiedliwy podział wspólnego dorobku, który gdzieś zniknął. Na przykład część przejęła JP Family Foundation zarejestrowana w Curacao.

JP to inicjały pani byłego męża.
On twierdzi, że to pewnie chodzi o JP Morgan, a poza tym on przecież nie wie, bo nie ma z tą firmą nic wspólnego, nawet jeśli na jej czele stoi jego wieloletni współpracownik. Co za tupet! JP Family posłużyła do ukrycia pieniędzy przed JP rodziną. To sprytne posunięcia męża, teraz to ja muszę mu udowodnić ponad wszelką wątpliwość, że JP Family Foundation to jego firma.

To po co pani proces, skoro wie pani, że trudno go będzie wygrać?
Jak czytam uzasadnienie prokuratury o umorzeniu śledztwa w sprawie nielegalnego finansowania kampanii Palikota w 2005 roku, to zastanawiam się, jak będzie brzmiało uzasadnienie w mojej sprawie. Ale dla mnie to postępowanie honorowe. Po prostu nie można oszukiwać wspólnika, nawet jeśli jest byłą żoną.

A nie chce mu pani tak zwyczajnie zaszkodzić?
Ależ proszę pana, mój były małżonek hołduje zasadzie, że nie ważne jak, byle o nim mówiono! Przecież on sobie z tego robi darmową reklamę. To ja się czuję zażenowana tymi wszystkimi procesami, a on z uśmiechem na ustach opowiada w telewizji, jak to go ta okropna, zachłanna żona prześladuje. Zwłaszcza że on teraz w ogóle nie ma majątku. Według jego kolejnych oświadczeń majątkowych nie ma domu, a jego firma przynosi straty. Sprzedał akcje, ale nie ma z tego żadnych pieniędzy. Jest więc pierwszym w Polsce milionerem, który nie ma nic.

A co ma pani?
Zostało mi po rozwodzie trochę pieniędzy i ów dom.

Z wyposażeniem, jak podkreśla pani mąż.
Wolałabym do tych czasów nie wracać, tym bardziej że kilka tygodni po przeprowadzce mąż zarządził inwentaryzację domu.

Chyba majątku?
Nie, majątku, którym się mieliśmy podzielić nigdy nie wyceniono, natomiast do domu przyjechał wynajęty przez pana Palikota jego przyjaciel Jacek Czeczot-Gawrak, później powołany na stanowisko dyrektora Łazienek i szybko odwołany. Spisywał nie tylko dzieła sztuki, lecz także sprzęt kuchenny, talerze, sztućce. Nie żebym była specjalnie przywiązana do foteli, ale w spisie była krajalnica do szynki i kuchenka, którą sobie kupiłam w Toskanii. Prosiłam męża, by zostawił mi je na pamiątkę, ale pozostał nieugięty… (długie milczenie). Trudno mi o tym mówić.

Jest pani bohaterką prasy jako kobieta, która dostaje największe alimenty w Polsce.
Nie dostaję ani grosza. Alimenty sąd zasądził moim synom, ponieważ mąż zniknął na rok i tylko czasem przez kierowcę przysyłał jakieś sumy na dzieci. Alimenty, którymi się chełpi, były nieadekwatne do tego, jakie mógłby płacić, ale piarowcy mojego męża już zadbali o to, by prasa pokazała to z zupełnie innej strony.

Skąd pani wie, że zatrudnia piarowców?
Sam mi powiedział, że chyba nie znam realiów, bo żeby wygrać proces z kimś takim, jak on, to oprócz najlepszych adwokatów powinnam zatrudnić też agencję PR. Wtedy nie rozumiałam, co ma na myśli, ale kiedy widzę, jak buduje swój wizerunek i ze skandalisty zmienia się w autorytet, muszę przyznać mu rację. Choć fakt, że Janusz Palikot wypowiada się publicznie na temat przejrzystości i etyki w biznesie, jednak mnie bulwersuje.

Ale te akcje piarowców nie są wymierzone w panią.
Czyżby? Swego czasu w „Super Expressie” ukazało się jego zdjęcie leżącego na pieniądzach i obok w chmurce ja z podpisem, że ta kobieta dostaje największe alimenty w Polsce. Poprosiłam męża, by nie robił takich rzeczy, bo mieszkam sama z synami na wsi, nie mamy ochrony i po prostu się boję. Odpowiedział, że nie rozumiem, że czytelnicy „Super Expressu” to jego target.

Podziela pani poglądy polityczne byłego męża?
Janusz Palikot nie ma żadnych poglądów politycznych. Znam go od 20 lat i to wiem. Odnalazłby się w każdej partii w zależności od potrzeby. On prowadzi politykę nowego typu, taką, której kierunki wyznaczają oczekiwania wyborców i sondaże. Był już ateistą, człowiekiem związanym z Kościołem, inne poglądy też ma całkowicie elastyczne.

A pani ma swoje?
Mam, ale nie zamierzam się z nimi afiszować, bo jeszcze zostałoby to odebrane jako chęć odegrania się na byłym mężu.

Mam rozumieć, że ma pani aspiracje polityczne?
Tego się chyba boi mój były mąż. Niczego nie przesądzam, ale na Wiejską wybiorę się dopiero, gdy skończy się tam epoka marketingu politycznego, a takie słowa jak „uczciwość” czy „honor” przestaną być używane jako przykrywka dla drobnych lub wielkich afer. Jestem osobą wierzącą i ubolewam nad tym, że z powodu rozwodu wylądowałam poniekąd w przedsionku Kościoła w przeciwieństwie do mojego męża, który zorganizował huczne zaręczyny u dominikanów.

Napisała pani list do liderów PO, by nie korzystali z pieniędzy Palikota, bo najpierw powinien się podzielić nimi z dziećmi i z panią.
On podkreśla, że z własnych pieniędzy sponsoruje działania PO, bardzo kosztowną kampanię wyborczą, wkładki reklamowe do gazet. A przecież to nasze wspólne pieniądze, bo jesteśmy w trakcie rozliczeń, a mnie nikt nie pytał, czy chcę sponsorować PO. Poza tym, skoro go nie stać na prąd i gaz, to może powinnam się upomnieć i spytać o te pieniądze władze partii?

Rozumiem, że robił kampanię sobie. Co mają do tego władze PO?
Czy pan uważa, że finansowanie gigantycznej ilości billboardów i książki Donalda Tuska to prywatna kampania Palikota? Albo wkładka o komisji „Przyjazne państwo”? Oczywiście, że on dba w ten sposób o własną popularność, ale o partię również. Jestem przekonana, że jak wcześniej pieniędzmi kupował przychylność środowisk opiniotwórczych, tak teraz finansowaniem rozmaitych wydarzeń zaskarbia sobie życzliwość władz partii. Gdyby nie zaplecze finansowe pana Palikota, to jego wybryki nie byłyby tolerowane. On o tym wie, dlatego czuje się bezkarny.

Zmieńmy temat. Jak pani poznała Janusza Palikota?
Na ślubie jego brata, 20 lat temu. Byłam licealistką, a on absolwentem filozofii, pracował w Polskiej Akademii Nauk i zastanawiał się, co zrobić z życiem.

Był czarującym, młodym człowiekiem.
Tak, a ja zostałam uwiedziona, jak klasyczne młode dziewczę.

Czym panią uwiódł?
Długi, czerwony, ręcznie szyty płaszcz, egzemplarz Husserla pod pachą, a w teczce Dom Perignon. A był rok 1988!

Filozof z butelką Dom Perignon?!
Kilka miesięcy po spotkaniu nastąpił przyspieszony ślub, egzaminy na studia i po pół roku syn. Mąż nie chciał, bym studiowała, ale się zawzięłam i skończyłam medycynę. Jednocześnie założyliśmy firmę.

To był czas gwałtownego wzbogacenia pani męża, państwa.
Mój mąż rzeczywiście gwałtownie się wzbogacił, zwłaszcza na starcie.

Pani pochodziła z zamożnej rodziny.
Zwłaszcza na ówczesne czasy. Tata był rzemieślnikiem. Dostaliśmy dom w Biłgoraju, samochód, pieniądze na założenie firmy i pomysł na nią – produkowanie europalet.

Pani zajmowała się dziećmi, a mąż – firmą?
Firmą zajmowaliśmy się razem. Jeździliśmy po Włoszech szlakiem winnic, bo przywiezienie do Polski win musujących wydało nam się świetnym pomysłem. Może nie Dom Perignon, ale właśnie wina musujące. Wtedy nie zatrudnialiśmy agencji reklamowych – to my, nad stołem, zastanawialiśmy się, jak będzie nazywało się wino, uzgadnialiśmy, że ma być słodkie, przaśne i łatwe. Oczywiście to mąż szefował firmie, bo ja miałam też na głowie i dzieci, i studia, ale pracowaliśmy dla niej razem.

I to się popsuło, razem z małżeństwem.
Zmieniliśmy się, mieliśmy inny stosunek do pieniędzy, do sposobów ich wykorzystywania. Zaczął mi przeszkadzać rosyjski sposób prowadzenia biznesu przez mojego męża. Wyniosłam z domu przekonanie, że nie należy pożyczać więcej, niż będzie się w stanie zwrócić. Mąż, któremu pieniądze przyszły szybko i łatwo, nie miał takich oporów. On nazywał to ekspansją, ja – nieodpowiedzialnością.

Pani chciała mieć warsztat garncarski po dziadziusiu, a mąż – gigantyczną fabrykę garnków?
Kiedy mąż bawił z nowymi przyjaciółmi w Wenecji, ja musiałam przeglądać księgi finansowe firmy, bo okazało się, że BRE Bank zamknął przede mną drzwi, gdyż mieliśmy zaległości w spłacaniu rat, a nasze zobowiązania przekroczyły wartość majątku. Partnerzy biznesowi opuścili męża, a on został sam ze swoimi wizjami i długami.

Wychodzi na to, że poróżnił państwa biznes.
To był tylko jeden z powodów. Zmienił się styl życia męża i mnie trudno było to zaakceptować. Ogłosił, że jako osoba publiczna prowadzi dom otwarty, cała energia męża poszła w poszukiwanie nowych przyjaciół, których hojnie wspierał finansowo.

To nie byli również pani przyjaciele?
To byli nowi przewodnicy duchowi mojego męża.

Mówi pani o tym z przekąsem.
Bo byłam przez tych ludzi źle traktowana, postrzegali mnie jako zagrożenie.

Jakiego rodzaju?
Przypominałam, że długi się oddaje, nie byłam zachwycona szaleńczymi imprezami, które mąż im organizował.

Może była pani po prostu sztywna?
Ale to ja musiałam odbierać przykre telefony od żon tych panów, które w bardzo nieprzyjemny sposób zwracały mi uwagę, że podejmujemy ludzi chorych, uzależnionych od alkoholu. To byli artyści poszukujący wsparcia, dyrektorzy okolicznych teatrów, aktorzy, warszawscy pisarze. Mąż, co tu kryć, kupował sobie ich życzliwość, utrzymując ich, przekupując.

Może dobrze, że pojawił się mecenas kultury wysokiej?
Na pewno dobrze, ja tylko apelowałam o zachowanie proporcji między dziećmi i rodziną a jego przedsięwzięciami podejmowanymi tylko po to, by zyskać przychylność salonów.

Kto zaproponował rozwód?
Nie było żadnej propozycji. Po prostu pan Palikot przeprowadził się do narzeczonej i zarządził rozwód. Postępowanie rozwodowe trwało półtora roku.

A jak wygląda życie hrabiny w pałacu? Budzi się rano, wbiega służba, by podać kapcie?
Nie mam służby, tak samo jak ochrony i stylisty.

Tak trudno dziś o dobrą służbę?
(śmiech) Dobra służba przeszła do byłego męża. Wstaję, piję kawę i jadę do pracy do Lublina.

Maybachem? Kabrioletem – jak mówi były mąż?
Nowym garbusem.

Zimą Courchevel, latem Malediwy?
Courchevel to przeszłość, bywałam tam z mężem.

A jednak! Wiedziałem, gdzie jeżdżą Rosjanie.
Teraz tam jeździ nowa pani Palikotowa, a ja odnajduję po latach siebie, swoją swobodę i wolność. Odzyskałam godność, mogę każdemu spojrzeć w oczy, otaczam się prawdziwymi przyjaciółmi.

Co pani lubi?
Ptaki. Choćby kury, bo lubię odgłosy wsi. Chciałabym zrekonstruować wokół majątku Jabłonna gospodarstwo rolne, bo większość dworów jest zamieniana na hotele, spa czy centra konferencyjne, a ja chciałabym, by mój żył swoim życiem. Nie chcę, by stał się kaprysem zamożnej mieszczki, jakąś chimerą, tylko by wrócił do roli wiejskiej posiadłości. Nie będzie teatru antycznego ani czytania Rilkego w winiarni (śmiech).

Jest pani wrogiem teatru i poezji?
Ale za to dobrze gotuję i wypełniam zmarszczki. (śmiech).

Słucham?
Jestem dermatologiem i moje pacjentki czasem sobie życzą wypełniania zmarszczek. To wymaga sporej zręczności.

Mogłaby pani przeczytać napis na szklance, w jakiej podano nam wodę mineralną?
„Wódka Żołądkowa Gorzka” (śmiech). Nie piję. Choć czasem myślę, żeby się solidnie upić.

*Maria Nowińska, lekarz dermatolog, była żona Janusza Palikota
Źródło: Dziennik.pl

koszmar Kaczynskiego

koszmar Kaczynskiego

http://pis24.blogspot.com/